Jaki nie jest psycholog na oddziale onkologicznym?

Mam na imię Justyna. Pracuję jako psycholog oraz psychoonkolog w Fundacji „Krwinka”. Każdego dnia spotykam dzieci, które chorują onkologicznie i hematologicznie oraz ich rodziny. Towarzyszę im w szpitalu – czasem w ciszy, czasem w rozmowie, a czasem po prostu w zabawie, która niesie ulgę. To tekst o symbolach, magii, uwadze... O tym, że nawet w najbardziej medycznym świecie to, co ludzkie, ma największe znaczenie.
Jak nie wygląda psycholog w szpitalu na oddziale dziecięcym
I czemu nie ma peleryny… albo i ma?
Nie noszę białego fartucha a w kieszeni nie mam magicznego proszku, który wymazuje strach, ani tajemnego słowa, które usuwa ból. Nie mam też peleryny. A przynajmniej nie takiej, którą widać.
Psycholog na oddziale dziecięcym nie wygląda jak bohater z filmów Hollywood. Nie wchodzi dramatycznie, nie rozwiązuje wszystkich problemów w trzy minuty, nie zawsze mówi trafnie i nie zawsze jest ubrany cały na biało.
Czasem też – po prostu nie ma odpowiedzi.
Czasem płacze. Po cichu, za drzwiami schowany między jedną klatką schodową a drugą.
Czasem się myli.
Czasem nie wie, co powiedzieć, i zamiast tego… po prostu jest.

Ja nigdy nie przychodzę z gotowymi receptami
Nie jestem encyklopedią rad, rozwiązań, gotowych scenariuszy ani chodzącym „wsparciem emocjonalnym w saszetce”.
Jestem przede wszystkim człowiekiem – z sercem, które się czasem łamie, kiedy widzę Twoje dziecko w bólu. Z głową, która czasem się gubi w labiryncie niewyrażonych emocji.
Psycholog nie musi być niezłomny.
Psycholog nie powinien udawać, że nie czuje.
Psycholog nie może stawać ponad pacjentem czy rodzicem.
Czasem zamiast fartucha mam czapkę tygrysa
Albo różowe okulary.
Albo rękawiczki do robienia balonów.
Albo kredkę w kieszeni i głupią piosenkę w głowie, której nie wypada śpiewać, ale śpiewam.
Bo psycholog na oddziale dziecięcym to nie zawód z dystansu.
To zawód, który wymaga wejścia blisko. Do bajki, do zabawy, do złości, do ciszy.
Czasem wychodzę z roli psychologa
I jestem tylko… Dorosłym. Człowiekiem. Który mówi:
- „Nie wiem, jak Ci pomóc, ale bardzo chcę spróbować”.
- „Też się kiedyś bałam szpitala”.
- „Nie chcę niczego naprawiać – tylko być obok”.
Wychodzę z roli wtedy, gdy czuję, że dziecko albo rodzic nie potrzebuje specjalisty, tylko człowieka z sercem.
Psychologia to nie maska. To język bliskości. A bliskość nie potrzebuje dyplomu.
A co z tą peleryną?
Może jednak ją ma… Niewidzialną. Utkaną z małych, codziennych gestów, które na pierwszy rzut oka nic nie znaczą, ale czasem chociaż troszkę wypełnią czyjś dzień – małego pacjenta, jego mamy, taty, siostry czy brata. Zbudują most między światem medycyny a światem emocji. Są esencją pracy psychologa w szpitalu na oddziale onkologicznym.
Ta peleryna składa się:
• z rysowania kota w fartuchu ochronnym na kartce wyjętej ze szpitalnego zeszytu,
• z powiedzenia „nie musisz być dzielny” w momencie, gdy wszystko wokół mówi, że trzeba.
• z milczenia, które daje przestrzeń i mówi więcej niż niejeden wykład o odporności psychicznej
• z obecności, która oswaja lęk dziecka w szpitalu
• z rozmów z rodzicami małych pacjentów, w których nie chodzi o naprawianie, ale o bycie – prawdziwe, ludzkie i obecne.
Jeśli więc pytasz, jak naprawdę wygląda psycholog na oddziale onkologii dziecięcej, to odpowiedź nie ma nic wspólnego z hollywoodzkimi scenami ratowania świata.
To nie bohater w pelerynie, który zna odpowiedzi na wszystko.
To człowiek, który nie przyszedł „naprawić dziecka” ani pouczać rodziców, jak mają żyć po usłyszeniu diagnozy.
To ktoś, kto przychodzi spotkać drugiego człowieka – w chorobie, w kryzysie,
w bezsilności. I w nadziei.
Psycholog w szpitalu towarzyszy, a nie prowadzi. Jest obok w bólu, w ciszy, w zabawie.
„Jestem tutaj. Słyszę. Widzę. Trzymam.”
autorka: Justyna Ławniczak, psycholog, psychoonkolog.